VALERY SMITH

Dział: Felietony
środa, 03 wrzesień 2008 13:53
O
powieść niniejsza nie będzie zabawna, nie będzie nawet wesoła. Będzie to historia smutna i – niestety – całkowicie prawdziwa. Kilka tygodni temu zmarła moja bliska znajoma. Była osobą starszą, więc Jej śmierć nie powinna dziwić i nie dziwi.
Najtragiczniejsze są okoliczności, w jakich przyszło Jej pożegnać się ze światem. Felieton ten dedykuję – w imię pamięci i uznania – Valery Smith.Urodziła się w Grayslake w stanie Illinois i tam spędziła wszystkie lata swojego życia. W małej mieścinie skończyła szkołę, wyszła za mąż i urodziła czwórkę dzieci. Jednego chłopca i trzy dziewczynki, z których najmłodsza przyszła na świat z ciężkim upośledzeniem fizycznym, co na zawsze przykuło ją do łóżka i fotela na kółkach. Valery całe życie poświęciła dzieciom i to nie tylko własnym. Pomagała biednym małżeństwom, w których oboje rodzice musieli pracować. Zajmowała się ich pociechami, gdy tamci zarabiali na utrzymanie. Pan Smith miał sklep spożywczy, dlatego codziennie przywoził żonie świeże produkty żywnościowe, z których ona przygotowywała posiłki dla czwórki rodzonych pociech i dla sześciorga przyszywanych maluchów. Szybko stała się dla nich drugą matką. Lata mijały - dzieciaczki zamieniły się w dzieci, póżniej w młodzież, aż w końcu w osoby dorosłe. Wyprowadziły się z domu, założyły własne rodziny, a Valery pozostała jedynie ze swoim mężem i chorą córka, której doglądaniu poświęcała całe dni. Po jakimś czasie na świat przyszły wnuczęta. Najstarsza córka dała ich Valery pięcioro, średnia – tylko jedną wnuczkę, a syn – dwójkę, czyli w sumie ośmioro dzieci, które u swojej najukochańszej babci spędzały każdy dzień, oprócz niedziel. Rano zapracowani rodzice podrzucali pociechy do swojej matki, by póżnym wieczorem zabrać je do domu. Od tej pory w czterech ścianach Pani Smith znowu stało się gwarno i wesoło. Od świtu do zmierzchu zajmowała się ona swoimi wnuczętami – karmiła je, bawiła się z nimi, zabierała na zakupy, czy na samochodowe przejażdżki. Maluchy rosły jak na drożdżach, w końcu porozjeżdżały się po szkołach, następnie dojrzały do założenia własnej rodziny i znowu w domu na jednej z ulic miasteczka Grasylake zapanowała cisza i spokój. Valery nie zauważała upływających lat, wydawało jej się, że ciągle jest młoda. Dopiero śmierć męża utwierdziła ją w tym, że nie ma już dwudziestu wiosen. Nigdy nie pracowała zawodowo, dlatego wraz z odejściem Jej drugiej połówki – zaczęły topnieć także dochody, z których utrzymywała się rodzina. Co prawda od rządu otrzymała emeryturę po mężu, ale suma, zaledwie 1000 dolarów nie była w stanie zagwarantować Jej i córce godziwego bytu.Sprzedała dom, a za uzyskane pieniądze kupiła sobie kondominium. Bardzo przytulnie urządziła nowe gniazdko i za resztę pieniądze wiodła skromny, ale godny żywot. Jej chora córka była dla niej jedyną radością. Zajmowała się nią z całym oddaniem. Mimo, że sama była mikrej postury, przenosiła dziewczynę z łóżka na wózek, myła, zabierała do lekarza i na spacery po okolicy. Nie przejmowała się zdziwionymi spojrzeniami ludzi, którzy z zaciekawieniem zerkali na kobietę, poruszającą się za pomocą wózka. Była dumna, bo ta schorowana istota, była jej ukochaną córką. Pewnego ranka ukochane dziecko nie obudziło się, zmarło podczas snu. Na pogrzeb zjechała się cała wielka rodzina. Troje pozostałych dzieci ze współmałżonkami, ośmioro wnucząt ze swoimi sympatiami i pozostali członkowie rodu Smiths. Gdy po nabożeństwie wszyscy opuścili wnętrze kaplicy – Valery zrozumiała, że od tej pory przyszło jej wieść życie samotnika. Odtąd dni upływały Jej na zabijaniu czasu: a to wyszła do sklepu, a to sprzątnęła i tak czyste mieszkanie, raz w tygodniu odwiedzała ją przyjaciółka; aż pewnego popołudnia w domu Valery pojawił się syn z informacją, iż zamierza sprzedać samochód matki. Według niego taka stara kobieta nie powinna prowadzić auta. Gdy miejsce parkingowe przed Jej oknem zrobiło się puste – przestała zupełnie wychodzić z mieszkania. Oglądała telewizję, czasami coś zjadła, a że zaczęły pojawiać się problemy z dłuższym przebywaniem na nogach – ciepłe posiłki zastępował suchy prowiant. Z każdym miesiącem, tygodniem, dniem, godziną, minutą, sekundą robiła się coraz bardziej niedołężna i stara. Pewnego dnia, nie mogła podnieść się z łóżka. Leżała na nim długo, bardzo długo, aż w końcu czwartej doby znalazła ją sąsiadka, zaniepokojona faktem, że gazety z trzech dni wciąż leżą pod jej drzwiami. Była wycieńczona, odwodniona i na pół żywa. Kilka tygodni hospitalizacji przywróciło jej 50% utraconego zdrowia. Lekarze powiadomili dzieci, że matka odtąd musi znajdować się pod stałą opieką. Oczywiście żadne z nich nie było na tyle dyspozycyjne, aby móc przygarnąć staruszkę do siebie. Zaczęli, więc rozważać możliwość oddania matki do domu starców. Plan ten jednak, na szczęście dla Valery, nie doszedł do skutku. Jedna z córek dowiedziała się, że istnieją agencje, w których można znależć opiekunkę, gwarantującą chorej czy starszej osobie 24-godzinną opiekę. Przeliczyli oszczędności matki, prześwietlili wszystkie konta, przejrzeli szuflady i okazało się, że stać ją na to, by wynająć opiekunkę na 7 miesięcy. Po powrocie ze szpitala Valery zastała swoje mieszkanie lśniące czystością, na stole czekał na nią gorący obiad a na kanapie siedziała uśmiechnięta dziewczyna. Ta radosna – wówczas – dwudziestopięciolatka - jest moją dobrą koleżanką, która do stanów przyleciała zaraz po ukończeniu studiów lekarskich na Akademii Medycznej w Gdańsku. Chcąc zarobić trochę pieniędzy przed rozpoczęciem stażu, zdecydowała się na pracę ze straszą osobą w Stanach Zjednoczonych.Od tej chwili w domu Valery na nowo zagościła radość i rodzinne ciepło. Pani doktor z Polski wspaniale zajmowała się 85-letnią Amerykanką. Pomagała jej we wszystkich czynnościach, przygotowywała posiłki, prała, robiła zakupy, sprzątała, czytała jej, gawędziła, opowiadała o kraju, który został za oceanem, a Valery odwdzięczała się relacjami na temat swojego dotychczasowego życia. Ja również stałam się cząstką tej malutkiej rodziny. Gdy opiekunka Pani Smith i jednocześnie moja przyjaciółka chciała wziąć dzień wolny, ja przyjeżdżałam, aby ją zastąpić. Jeżdziłyśmy do restauracji, czasami do kina, jeśli była to niedziela odwiedzałyśmy kościół. Valery na nowo poczuła się kochaną i potrzebną, a Jej życie ponownie zyskało niegdyś wyblakłe kolory. Sytuacja ta pozwoliła zapomnieć o tęsknocie za własnymi dziećmi. Nie było Jej już tak przykro, że Jej nie odwiedzają, nawet próbowała je tłumaczyć, mówiąc, że na pewno są zapracowane, pochłonięte robieniem kariery. Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że Jej najstarsza córka jest już na emeryturze i całe dni spędzą na oglądaniu telewizji i niekończących się wycieczkach po sklepach. Dziwiło Ją, że przy takim trybie życia nie ma czasu, by zajrzeć do matki. Na szczęście nie musiała się nad tym zastanawiać zbyt często, gdyż miała swoją ukochaną opiekunkę i mnie, która odwiedzała ją regularnie, zawsze przynosiła ulubione czekoladki i gazetę z programem telewizyjnym na kolejny tydzień. Była szczęśliwa, tak jak kiedyś, gdy żył Jej mąż, gdy była młoda i zdrowa. Któregoś dnia, ku zaskoczeniu obu pań, w mieszkaniu pojawił się syn Valery. Bez owijania w bawełnę, oświadczył, że matka nie ma już zbyt wiele pieniędzy na koncie, dlatego dobrze by było, aby zacząć powoli pakować Jej rzeczy, gdyż za tydzień przyjedzie, by zabrać Ją do domu starców. Było to najsmutniejszych siedem dni, jakie tylko można sobie wyobrazić. Valery ze stoickim spokojem robiła spis rzeczy, które nagromadziła przez lata życia. Na liście, obok wybranych przedmiotów, wpisywały się Jej wnuczęta i dzieci, które jak nigdy dotąd odwiedzały babcię codziennie. Nikt nie chciał, zostać bez niczego. Nie zabrakło nawet chętnych na wyszczerbione szklanki i kubek do kawy z utłuczonym uchem. Opiekunka przyglądała się tym wszystkim licytacjom z politowaniem i jednocześni podziwiała starszą panią za spokój, z jakim przyjmowała zaistniałe wydarzenia.W biblii siódmego dnia Pan Bóg wypoczywał po dokonaniu dzieła istnienia, w tej historii siódmego dnia w drzwiach małego mieszkanka przy Mockingbird Street pojawił się jedyny syn Valery i w asyście swojej żony odwiózł starowinkę do miejsca, które miało stać się jej nowym domem. Z ogromnym spokojem na twarzy i wielkim żalem w sercu babcia opuszczała swoje stare kąty. Przez ostatni tydzień apartament zaczął świecić pustakami, gdyż cała rodzina skwapliwie podzieliła się Jej skromnym majątkiem. Opiekunka została odwieziona na stację Metry, zaś Valery wyruszyła w swoją najtragiczniejszą podróż.Wszystko to działo się na dwa dni przed Thanksgiving. Dzieci nie planowały spędzić tego dnia z matką, bo ze wszystkich stron wielkiej Ameryki zjeżdżała się liczna rodzina i niedołężna staruszka wprowadziłaby tylko niepotrzebne zamieszanie. Valery, jednak, jak nigdy dotąd, nalegała na wspólnie spędzone popołudnie. Gdy w rozmowie telefonicznej spytałam, dlaczego tak bardzo zależy Jej na tym spotkaniu, powiedziała, że chce im w ten świąteczny dzień podziękować. Za co? Nie odpowiedziała.27 listopada w skromnym domu starców pojawiły się wytwornie ubrane wnuczęta, by zabrać Valery na tradycyjnego indyka. Uroczystość – przynajmniej dla Babci - nie trwała długo, gdyż już po 2 godzinach delegacja w postaci jednej z córek i zięcia była gotowa, by odwieść staruszkę do miejsca, w którym zamieszkiwała od trzech dni. Valery była nieco zaskoczona, że już po 120 minutach okazała się balastem dla swej rodziny. Jednak bez żadnego protestu założyła swoją skromną jesionkę, spojrzała na zgromadzonych i przyciszonym głosem, ale bardzo wyrażnie powiedziała: „dziękuję”. Gdy była już przy drzwiach ze łzami w oczach wyszeptała: „¯egnajcie!” Nikt jednak tego nie słyszał, gdyż wszyscy pogrążeni byli w rozmowach z pozostałymi gośćmi.Póżnym popołudniem, 27 listopada 2003 roku, Valery wróciła do swego pokoju w domu spokojnej starości. W ubraniu położyła się na łóżku i zmarła. Lekarze przekazali rodzinie wiadomość, że przyczyną zgonu był zawał. Między sobą mówili, że z żalu pękło Jej serce.I to już koniec historii Valery Smith. Jej życie to opowieść o matce, która sama wychowała czworo dzieci i czworo tych samych dzieci nie potrafiło zająć się jedną matką. Po osiemdziesięciu pięciu latach dawania miłości i poświęcania się dla innych – umarła w samotności. Jej gorące serce pękło z ogromnego żalu, jaki towarzyszył Jej od momentu, w którym przekonała się, że stara i niedołężna nie jest już nikomu potrzebna.Zgasła kolejna świeczka. My żyjemy nadal. Jednak kiedyś też będziemy mieć po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, pomarszczoną twarz i problemy ze zdrowiem, tak jak nasza matka, ciocia czy samotna sąsiadka. Valery Smith jest już w krainie nieustającego szczęścia. Wieczny odpoczynek racz Jej dać Panie, a światłość wiekuista niech Jej świeci!. Dzisiaj jest jeden z pierwszych dni nowego roku, do kolejnych ¦wiąt Bożego Narodzenia pozostało kilka miesięcy. Dwudziestego czwartego grudnia podczas nocy wigilijnej – tysiącom ludzi z żalu pękną serca. Postaraj się, by wśród nich nie było Twojej matki!
SHARE

Newsletter

Enter your email address if you want to receive our newsletter.