PANI BRONIA

Dział: Felietony
środa, 03 wrzesień 2008 13:51
 
K
iedy Bronia przyjechała do Stanów Zjednoczonych miała 60 lat. Kilka miesięcy wcześniej zmarł jej mąż. Na pogrzebie pojawili się znajomi z Chicago, którzy akurat byli w Polsce.
Wówczas zrodził się pomysł by pojechać do USA i zarobić trochę dolarów na spokojną starość i pomóc finansowo dzieciom i wnukom, którzy niedawno pojawili się na świecie. Gdy dostała zaproszenie z Chicago, nie zwlekając w czasie pojechała do ambasady amerykańskiej w Warszawie, gdzie, ku uciesze własnej i całej rodziny, udało jej się dostać wizę wjazdową do kraju, oddalonego od Polski o jakieś siedem tysięcy kilometrów. W kwietniu 1990 roku po raz pierwszy postawiła swą stopę na amerykańskim lądzie, a dokładnie na lśniących kafelkach pokrywających podłogę na lotnisku O’Hare, gdzie czekali na nią znajomi, od których otrzymała zaproszenie. Od chwili, gdy witano ją na terminalu z bukietem kwiatów do dnia dzisiejszego, życie jej potoczyło się bardzo szybko. Wówczas zadbana, atrakcyjna sześćdziesięciolatka z małą walizką podróżną i tysiącem pomysłów na dalszą przyszłość – dzisiaj siedemdziesięcioczteroletnia kobieta, schorowana, przygarbiona z wciąż tą samą, ale już bardzo zniszczoną walizką podróżną, zawierającą dorobek ostatnich czternastu lat i brak jakichkolwiek marzeń, które zastąpiła brutalna rzeczywistość, niepozwalająca myśleć o niczym więcej – tylko o codziennej egzystencji.W dniu, gdy znajomi odebrali ją z lotniska – czuła się szczęśliwa. Luksusowy samochód zawiózł ja do pięknego domu na zielonych przedmieściach. Nie spędziła tam jednak zbyt dużo czasu, gdyż szybko znalazła pracę i musiała przeprowadzić się do Chicago. Wynajęła skromny pokoik, w którym praktycznie spędzała tylko noc, gdyż od świtu do zmierzchu pochłaniała ją praca. Do południa sprzątała domu, a następnie zamieniała się w babysitter, zajmując się czwórką małych urwisów. Wszystkie zarobione pieniądze posyłała do Polski, gdzie jej dzieci coraz bardziej uskarżały się na sytuację w kraju. Wnuki dorosły już do tego by pójść do szkoły, przez co ich potrzeby coraz bardziej się powiększały. Babcia doskonale to rozumiała i chcąc dopomóc swoim pociechom pracowała jeszcze ciężej i jeszcze dłużej nie zwracając uwagi na odciski na własnych dłoniach i mrożne zimowe powietrze dostające się przez przetarty materiał starej jesionki, w której przyjechała do Stanów. Nic jednak nie było ważniejsze ponad szczęście i zadowolenie jej wnucząt i ukochanych dzieci.¯ycie Broni stało się jednostajne i mogłoby się wydawać, że zupełnie przewidywalne. Tak jednak nie było, bowiem pewnej nocy, gdy spała na swym stary materacu w wynajętym pokoju, poczuła okropny ból, który niemiłosiernie zaczął przeszywać jej wychudzone ciało. Wówczas straciła przytomność. Obudziła się dopiero w szpitalu, do którego zabrała ją właścicielka domu. Na białej sali spędziła cały tydzień. Póżniej przez prawie miesiąc wracała do siebie, a gdy czuła się już zupełnie dobrze i zdecydowała wrócić do pracy, otrzymała średniej wielkości podłużną kopertę, w której znajdował się rachunek ze szpitala. Prawie trzydzieści tysięcy dolarów. Nie posiadała ubezpieczenia, ale miała kilku znajomych, którzy pokierowali ją tak, że koniec końcem musiała zapłacić tylko 30% naliczonej sumy. W dalszy jednak ciągu było to ponad 9 tysięcy dolarów, które w jakiś sposób musiała zwrócić szpitalowi. Wówczas to jej problemy zaczęły się na dobre. Od rana do nocy harowała, by zwrócić zaciągnięty dług. Ciężka praca, jak łatwo się domyśleć, nie wpłynęła na poprawę jej stanu zdrowia. Wyczerpanie fizyczne i stres spowodowały, że w wieku siedemdziesięciu lat stała się zupełnie niedołężna. Każdy choćby najmniejszy ruch był dla niej olimpijskim wyczynem.Dzisiaj jest rok 2004. Od czterech lat mieszka ona w bejzmencie, gdyż dwustudolarowa emerytura pozwoliła jej tylko na wynajęcie za 120 dolarów łóżka w podpiwniczeniu jednego z chicagowskich domów. Trzydzieści dolarów musi wystarczyć jej na miesięczne wyżywienie, gdyż 50 dolarów, co cztery tygodnie wysyła do Polski dla swych dzieci. Dwoje wnuczków jest już studentami, jedna z córek straciła pracę i od trzech lat jest na bezrobociu. Ciągle narzekają na sytuację w kraju i mają pretensje, że matka wysyła im tylko 50 dolarów. Jeden z synów nazwał ją nawet sknerą, a gdy powiedziała, że wysyłane pieniądze to wszystko, co posiada – zaczął się głośno śmiać, po czym zamiast pożegnania wykrzyczał do słuchawki, że Ameryka matce chyba przewróciła w głowie i nie wie, co mówi.

Bronia przestała marzyć, niegdyś jej największym pragnieniem był powrót do Polski. Dzisiaj jednak już nawet o tym nie myśli, gdyż doskonale wie, że za oceanem byłaby tylko ciężarem dla swoich dzieci a poza tym zdaje sobie sprawę z tego, że nie ma możliwości, by zgromadzić pieniądze potrzebne na zakup biletu lotniczego do utęsknionej Ojczyzny. Chciałaby podjąć jakąś pracę – sprzątanie domku albo cokolwiek, ale w takim wieku i w taki stanie nikt nie odważyłby się jej zatrudnić. Lata spędzone w ciemnym bejzmencie znacznie osłabiły je wzrok, monotonna dieta, składająca się przede wszystkim ze smażonej cebuli i jajek pozbawiła ją zupełnie sił i uczyniła dziewięćdziesięciofuntową kobietę, której twarz niemal cały czas jest smutna i osowiała. Raz w miesiącu, jednak buzia Broni nabiera rumieńców, oczy błyszczą ze szczęścia a usta układają w ogromny uśmiech. W tym dniu, ze starą podróżną walizkę przemierza dystans pomiędzy swym łóżkiem w bejzemencie a skrzynką pocztową stojącą na rogu jednej z ulic Jackowa. W tym dniu, w białej kopercie wysyła do Polski 50 dolarów dla swoich kochanych dzieci i wnucząt. W tym dniu czuje, że jest komuś potrzebna.   

Anna Barauskas-Makowska
SHARE

Newsletter

Enter your email address if you want to receive our newsletter.